Centrum Prasowe | Społeczne Pracownie

"Projekt budowania społeczeństwa opartego na wiedzy, zwalczanie bezrobocia i wykluczenia informacyjnego."

 
 

czwartek, grudzień 11, 2008

Kurier Poranny: Miałem przyjaciół w Afryce

Trzy miesiące na Czarnym Lądzie zmieniły jego życie. Poznał ludzi, którzy zarabiają dolara dziennie i są szczęśliwi.

Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. To przytrafiło się Konradowi. Białostocki wolontariusz wrócił właśnie z rwandyjskiego raju. - Tam ludzie nigdy się nie spieszą, a lato trwa bez końca. W Polsce przywitał go śnieg i naburmuszona pani w kiosku. Niech żyje polska rzeczywistość! - pomyślał.

Po pierwsze: ludzie są serdeczni

I Konrad pierwsze dni po powrocie do Białegostoku przeleżał pod kołdrą. Przed wyjazdem na wolontariat organizowany przez MSZ uczestnicy przechodzą najróżniejsze szkolenia. Są starannie przygotowywani na spotkanie z odmienną kulturą. Ale czy ktoś mówił, jak to będzie po powrocie? Bo jak się okazuje, szok kulturowy można przeżyć i we własnym kraju.

- Wcześniej całe moje życie spędziłem w Polsce i nic mi nie przeszkadzało - przyznaje Konrad Karpieszuk. - Oczywiście były jakieś drobiazgi, które irytowały, ale po prostu się z tym żyło. A teraz?

Trzy i pół miesiąca na Czarnym Lądzie może zmienić człowieka. I bynajmniej nie chodzi o opaleniznę.

- Tam zobaczyłem, na czym polega sens życia - mówi Konrad. - Na przykład wczoraj włączyłem telewizję. Jakiś pan przekonywał, jakie to ważne, żeby mężczyzna potrafił tańczyć. A to z perspektywy rwandyjskiej wcale nie jest ważne. Jak zresztą wiele innych rzeczy. Tu myślimy sobie - trzeba kupić iPhona, superciuch, drogi samochód i jestem supergość. A tam ludzie zarabiają dolara dziennie.

I nie czują się z tym nieszczęśliwi. Przeciwnie, mają w sobie tyle radości, że wystarcza na dzielenie się nią z innymi.

- To, czego mi teraz tak bardzo brakuje, to niesamowite relacje między ludźmi - opowiada białostoczanin. - Wszyscy są dla siebie mili, uprzejmi, szanują się nawzajem. Jak leżałem w szpitalu, Paul, kolega z Rwandy, powiedział, że gdyby on był chory, wszyscy sąsiedzi przyszliby go odwiedzić. I zapytał mnie, czy u nas też tak jest.

Po drugie: spóźnienie to nie grzech

Konrad sypie podobnymi przykładami jak z rękawa. Kiedy ktoś robi przyjęcie w domu, to naturalne, że schodzą się wszyscy, którzy akurat przechodzą obok tego domu. Bo każdy ma prawo przyjść, nawet nieznajomy.

- Rwandyjczycy wszędzie się spóźniają - kontynuuje Konrad. - Bo muszą porozmawiać z każdą napotkaną osobą, nawet mało sobie znaną. W Polsce to się nie uda, my wiecznie się spieszymy. Tam nie liczy się na przykład, że masz umówione spotkanie, możesz się spóźnić godzinę lub dwie, możesz w ogóle nie przyjść. Nic się nie stanie. Osoba, z którą jesteś umówiony, nie obrazi się.
Afryka przywodzi na myśl przede wszystkim zabójczą broń - malarię.

- Już do samolotu zabrałem spray przeciw komarom. Myślałem tylko o tym, żeby przed lądowaniem spryskać się nim jak najszybciej - opowiada Konrad. - Po wyjściu z samolotu czekał na mnie Paul, który zabrał mnie do restauracji, gdzie usiedliśmy na tarasie. A ja byłem przerażony, że jestem w krótkim rękawku, że zaraz oblecą mnie komary i złapię malarię. Co się okazało? Że tam nie ma komarów i nikt się tym nie przejmuje. Tylko Europa się trzęsie. Zrezygnowałem też ze spania pod moskitierą, jak miałem w planie. Zatem nie taki diabeł straszny.

Niestety, ten niewielki kraj, wielkością zbliżony do województwa podlaskiego, najczęściej kojarzy się ze strasznym ludobójstwem sprzed kilkunastu lat.

- Bałem się, że jest tam niebezpiecznie, w końcu jechałem w miejsce, gdzie w okrutny sposób milion ludzi wytłukło się na ulicach. A na miejscu nie mogłem uwierzyć, że w tym kraju doszło do ludobójstwa - przyznaje Konrad. - I dodaje, że czuł się tam dużo bezpieczniej niż w Białymstoku.

Przed wyjazdem Konrad pożyczył od kolegi starą komórkę, na wypadek, gdyby ktoś zaczepił go na ulicy z nożem. We wszystkich spodniach wszył sobie kieszonki, żeby ukryć pieniądze. Nigdy ich nie użył - nie było takiej potrzeby. Tam możesz zostawić telefon na stoliku przed domem i sobie gdzieś pójść, jak wrócisz, telefon będzie leżał na swoim miejscu.

- A już biały człowiek traktowany jest w Rwandzie jak król - opowiada Konrad i przytacza pewne zdarzenie. - Wybrałem się do jakiegoś urzędu (mała budka, po brzegi wypełniona przyklejonymi do siebie ciałami), gdzie miałem opłacić wizę. Kolejka ogromna, ale ja nie musiałem czekać, bo jestem muzungu, czyli biały. Strażnik przeprowadził mnie prosto do okienka, a nikt nie protestował. Mam zatem specjalne przywileje. Poczułem się jak w czasach podziału rasowego. Ale to oni sami wywyższają białych. Chcą, żebyśmy czuli się tam dobrze, mieli dobre wspomnienia z ich kraju. Na każdym kroku pomagają, pokazują drogę, nawet wysiadają z własnego autobusu, żeby doprowadzić cię na miejsce.

Po trzecie: czy biały lubi czarnego

Jeden młody Rwandyjczyk zapytał białostockiego wolontariusza, czy my też traktujemy tak czarnych w naszym kraju. Konrad nie szczędził mu prawdy i historii typu: piłkarz Olisadebe obrzucony bananami.

- Chłopak był zszokowany, myślał, że my lubimy ich tak, jak oni nas - mówi Konrad. - Oni uważają, że każdy biały jest piękny. U nas kobiety chodzą na solarium, tam mają kosmetyki wybielające. I są przeświadczeni, że wszyscy żyjemy w luksusie. A Europa wydaje się dla nich rajem.

Ale nie dajmy się zwieść. Bo biały to także ten, którego można wykiwać i naciągnąć, czyli naiwniak. W tym kraju nie jest wstyd wyciągać ręce do muzungu. Nawet ludzie z górnych warstw klanu podchodzą i proszą o pieniądze.

- Kiedy jechałem do Kigali, zabrała się ze mną spora grupa miejscowych, a tylko ja płaciłem za taksówkę - śmieje się Konrad. - U nich to niepojęte, żebyś się temu sprzeciwił jako biały. Mówią: Jesteś biały, więc musisz mieć pieniądze, dlaczego nas nie podwieziesz?

Konrad wyjechał do Rwandy, żeby uczyć podstaw komputera.

- Miałem przeszkolić 20 osób, ostatecznie nauczyłem 39, i to nie byle kogo. Byli to dyrektorzy szkół podstawowych. Szkolenia prowadził też mój rwandyjski pomocnik, więc razem wytrenowaliśmy 60 osób, a większość z nich nic nie wiedziała o komputerach.

Zadanie to tylko z pozoru wydaje się łatwe. Ale w rwandyjskich warunkach, gdzie w każdym momencie może zabraknąć prądu, nie działa Internet, a sprzęt wciąż trzeba naprawiać, przeszkolenie 60 wiecznie spóźniających się osób jest nie lada sukcesem. W dodatku gdy w języku kinyarwanda zna się tylko podstawowe zwroty, np. "Dzień dobry? lub "Jak się masz?".

Jeden wyjazd to za mało. Konradowi marzy się praca w jakiejś organizacji pomocowej.

- Ja wyjechałem, ale zostawiłem tam kilkunastu wyszkolonych nauczycieli, którzy będą teraz uczyć kolejne osoby. Może żaden nie zostanie geniuszem, ale może dzięki temu będą zarabiać więcej. Gdybym tam nie pojechał, być może nauczyliby się obsługi komputera później, a może nigdy.

Przed wyjazdem do Rwandy Konrad założył bloga. Pisał go przez cały czas pobytu w Afryce i robi to nadal. To jeden z najczęściej odwiedzanych i komentowanych dzienników internetowych wolontariuszy, których w tym roku wysłało MSZ. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o Rwandzie i jej mieszkańcach, zajrzyj na stronę http://konradjestwrwandzie.wordpress.com


Autorka: Magdalena Prus
Źródło: Kurier Poranny logo

Etykiety: , ,

wtorek, lipiec 22, 2008

Kurier Poranny: Konrad wolontariusz

31 lipca Konrad Karpieszuk z Białegostoku wyjeżdża do Rwandy. Ale nie wybiera się ani na wakacyjne safari, ani do pracy.

O tym, żeby pojechać do Afryki, myślałem jakiś rok temu - wspomina Konrad. - Moja koleżanka stwierdziła, że fajnie by było pojechać tam jako wolontariusz i kopać studnie.

Konrad Karpieszuk

Szukałem w Internecie jakiegoś wolontariatu, ale nic nie znalazłem. A życie toczyło się dalej. Pod koniec 2007 roku zostałem wolontariuszem w Społecznych Pracowniach Edukacyjno-Komputerowych (SPEK). Uczymy tam podstaw obsługi komputera.

Szef Konrada Paweł Makowiecki, podczas konferencji w Malezji poznał Paula Barerę z podobnego projektu w Rwandzie - Jest on dyrektorem Nyamata Teleservice Centre - wyjaśnia Konrad. - W czasie tych rozmów padł pomysł, żeby stworzyć międzynarodowy program wymiany wolontariuszy.

Na początku roku firma, w której pracował Konrad, przestała istnieć. - Wtedy pomyślałem: szukam innej pracy, jadę do Anglii... - urywa Konrad i uśmiecha się - ... albo do Afryki!

Wszystko na jedną kartę

I tak powrócił pomysł z wolontariatem na Czarnym Lądzie. Znowu zaczął się rozglądać i ponownie nie znalazł nic konkretnego.

- Ale Afryka chyba była mi pisana - ciągnie Konrad. - W kwietniu Paweł Makowiecki, szef naszej organizacji powiedział, że jest możliwość wyjazdu na wolontariat finansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych - kontynuuje Konrad. - Zatem można by jechać do Rwandy do organizacji Paula. Nie zastanawiałem się ani chwili. Zgłosiłem się.

Wtedy wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Choć łatwo nie było, bo najpierw Konrad musiał napisać konspekt wyjazdu. A czasu było niewiele. Nie był jedynym chętnym, przeprowadzano konkurs na projekty. Na realizację miały szanse te najlepsze.
- Bałem się, że nie zdążę - opowiada Konrad. - Napisałem projekt w trzy dni, choć normalnie zajmuje to dwa tygodnie. Wstawałem o 5 rano, pisałem do pierwszej w nocy i następnego dnia od początku. Jak już czekałem na wyniki, odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem: niech się dzieje, co chce. Jeśli mój projekt nie zostanie przyjęty, trudno. Zrobiłem, co mogłem.
Ale projekt został przyjęty i teraz Konrad szykuje się do wyjazdu.

Przygotuj się na szok

MSZ stara się przygotować swoich wolontariuszy do spotkania z nową kulturą. - Mieliśmy mnóstwo różnych szkoleń, wszystkie z profesjonalistami - mówi Konrad. - Tam uświadomili nam, gdzie tak naprawdę jedziemy, co nam grozi, z czym się zetkniemy. Uprzedzali, że czeka nas szok kulturowy, uczyli, jak zachować się w sytuacjach problemowych.

Konrad spędzi w Rwandzie trzy i pół miesiąca. Zamieszka u afrykańskiej rodziny i będzie się uczył tamtejszego języka - kinyarwanda. Wiedzę o komputerach będzie przekazywał głównie kobietom i dzieciom, bo po wojnie w Rwandzie pozostało niewielu mężczyzn. Miasto ma obecnie 2 tys. mieszkańców, przed tragedią ludobójstwa było ich 70 tys.

- Ludzie tam często znają języki, brakuje im tylko znajomości obsługi komputera - tłumaczy ideę swojej misji Konrad. - Dzięki temu zyskają wiele nowych możliwości.

Źródło: Kurier Poranny logo

Etykiety: , , , , ,

poniedziałek, listopad 26, 2007

Kurier Poranny: Komputer nie gryzie

W Białymstoku są darmowe szkolenia komputerowe. Przekonaj się, że każdy może z nich skorzystać.

Pani Barbara
Pani Barbara Słowikowska jest zadowolona z umiejętności, które zdobyła na kursie. - Komputer nie jest taki straszny - śmieje się. (fot. Anatol Chomicz)

Nauki nigdy za dużo - twierdzą zgodnie uczestnicy kursów ze Społecznej Pracowni Edukacyjno - Komputerowej w Białymstoku.

- Znam podstawy obsługi komputera, więc teraz syn nie będzie się na mnie złościł - mówi z dumą pani Irena, uczestniczka kursu.

- Teraz nie będę musiała go prosić, żeby pokazał mi, jak mam się z nim obchodzić.

Podobnego zdania są pozostali uczestnicy kursu. Przez pięć dni, bo tyle trwa darmowe szkolenie, nauczyli się bardzo dużo.

- Naszym kursantom przekazujemy przede wszystkim podstawy obsługi komputera - mówi Paweł Makowiecki, prezes Instytutu Odpowiedzialnego Biznesu w Białymstoku.

- Dzięki temu przełamują swoje obawy, a przede wszystkim uczą się praktycznych rzeczy, jak np. korzystać z różnych witryn internetowych, posługiwać się pocztą elektroniczną czy formułować różne pisma.

Do tej pory ze szkoleń w Białymstoku skorzystało 1500 osób.

Szkolenia odbywają się w grupach 15-osobowych i są za darmo. Zajęcia prowadzi trzech wolontariuszy, którzy skrupulatnie wyjaśniają każdą operację, o której jest mowa na spotkaniach.

- To fajna praca, a przede wszystkim pozwala zawrzeć nowe znajomości i kontakty - zachwala Konrad Karpieszuk, wolontariusz.

Każdy, kto chciałby skorzystać ze szkoleń lub je prowadzić, może dzwonić pod numer telefonu 085 8711010 lub zgłaszać się osobiście na ulicę Kraszewskiego 33 po godzinie 14.

Program powstał dzięki dofinansowaniu z programu grantowego Microsoft Unlimited Potential.

Autor: Iza Filipowicz
Źródło: Kurier Poranny logo

Etykiety: ,

sobota, luty 04, 2006

Kurier Poranny: Gest miliardera

Bill Gates podarował nam 230 tys. dolarów. Za te pieniądze w pięciu miejscowościach na Podlasiu powstaną profesjonalne pracownie komputerowe, gdzie szkolić się będą bezrobotni.

Najbogatszy człowiek świata gościł w Polsce tylko jeden dzień, ale nie ma wątpliwości, że dla Podlasia był to dzień szczęśliwy. Bill Gates, twórca największego koncernu informatycznego, ogłosił na czwartkowej konferencji prasowej, że dostaniemy 230 tys. dolarów na stworzenie pięciu pracowni komputerowych.

Podlasie dostało najwięcej
Pieniądze przyznawane są przez Microsoft Corporation od 2003 roku, w ramach globalnego programu o nazwie Unlimited Potential, którego celem jest zmniejszanie zjawiska tzw. "wykluczenia informacyjnego" .
- Program skierowany jest do organizacji pozarządowych z całego świata. Każdego roku do Microsoft Corporation trafiają setki, tysiące projektów - mówi Joanna Frąckowiak z biura prasowego Microsoft Polska.
Wszystkie są sprawdzane i weryfikowane. - Przede wszystkim ważne są cele społeczne i to, ile osób skorzysta z wydanych przez nas pieniędzy. Sprawdzamy też, czy organizacja zgłaszająca projekt poradzi sobie z jego realizacją. Chcemy mieć pewność, że ani złotówka się nie zmarnuje - wyjaśnia Frąckowiak.
W tym roku Microsoft pozytywnie rozpatrzył trzy wnioski z naszego kraju (w sumie na 438 tys. dolarów), m.in. ten dotyczący Podlasia, który będzie realizowany przez Instytut Odpowiedzialnego Biznesu z Warszawy.

Szkolenia od zera
- Pracownie zaczną działać za dwa, trzy miesiące - zapowiada Jacek Sańko z Instytutu, odpowiedzialny za realizację projektu. - W ciągu najbliższych kilku tygodni chcemy wybrać miejsca, w których powstaną pracownie. Jedno jest pewne: nie będą to duże miejscowości. W każdej pracowni będzie 14 komputerów z nowoczesnym oprogramowaniem.
Głównym założeniem całego przedsięwzięcia jest dotarcie do osób bezrobotnych od dawna, które niewiele lub nic nie wiedzą o komputerach.
- Chcemy nauczyć ich przynajmniej podstawowej obsługi sprzętu informatycznego, a także korzystania z Internetu. Będą to robić osoby, które wcześniej zostaną przeszkolone- mówi Sańko. - Będziemy też rozdawać specjalne książki, które przeznaczona są dla kompletnych laików komputerowych.
Ale Instytut Odpowiedzialnego Biznesu ma jeszcze kilka innych pomysłów na wykorzystanie pracowni. - Chcemy na przykład zachęcić okoliczną młodzież, żeby na bazie pracowni otwierała różne kluby zainteresowań - wyjaśnia Sańko.

Boją się komputerów
Czy to dobry pomysł? - To ogromna szansa dla wielu osób, szczególnie starszych. Rzadko kiedy potrafią one posługiwać się komputerem, często w ogóle boją się takiego sprzętu - nie ma wątpliwości Barbara Wacławska, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Białymstoku. - A przecież wcześniej czy później - jeśli zależy im na pracy - będą musieli nauczyć się obsługi sprzętu informatycznego. Poza tym, jak już zobaczą, że to nic strasznego, zaczną wykorzystywać go do dokształcania się za pomocą Internetu.
Wacławska uprzedza jednak, że nie ma co liczyć na to, że bezrobotni z małych miasteczek i wsi od pierwszego dnia trwania programu tłumnie zaczną ustawiać się przed pracowniami.
- Oni muszą najpierw się z tym oswoić. Dlatego sukcesem będzie, jak na początek przyjdzie kilka osób - dodaje dyrektor PUP.

Autor: Joanna Dargiewicz
Źródło: Kurier Poranny logo

Etykiety: , , , ,

  SPEK© 2005 - 2009