|
|
Centrum Prasowe | Społeczne Pracownie
"Projekt budowania społeczeństwa opartego na wiedzy, zwalczanie bezrobocia i wykluczenia informacyjnego."
|
|
|
| |
Pomimo wielokrotnych prób nie udało się doprowadzić do porozumienia z Centrum Kształcenia Ustawicznego w Białymstoku zezwalającego na nieodpłatne korzystanie z szkolnych pracowni komputerowych w mieście.W związku z brakiem możliwości prowadzenia darmowych grupowych szkoleń pomagających w stawianiu pierwszych kroków w pracy z komputerem i Internetem - chcieliśmy ogłosić iż takowe kursy w Białymstoku nie będą już przez Nas organizowane. Jednocześnie serdecznie zapraszamy do innych aktywności organizowanych na platformie we-learningowej Społecznych Pracowniach i do wspólnej wymiany wiedzy za pomocą tej strony www.
Patronat Europejskiego Roku Kreatywności i Innowacji 2009
W audycji "Trącić Myszką" Polskiego Radia Szczecin, poświęconym nowościom z zakresu komputerów i internetu - mieliśmy kilkuminutowe wejście na antenę w czasie którego opowiadaliśmy o projekcie Społecznych Pracowni Edukacyjno-Komputerowych. 090126 SP fragment audycji.MP3Serdecznie dziękujemy dla Pana Redaktora Jarosława Daleckiego za zaproszenie do wzięcia udziału w audycji. Podcast z audycji dostępny jest poniżej.
Case study: Szkolenia Informatyczne dla Mieszkańców Podlasia
Uchwała o rejestracji Fundacji Społecznych Pracowni Edukacyjno-Komputerowych
W dniu 21 grudnia 2008 Walne Zebranie członków Instytutu Odpowiedzialnego Biznesu postanawiło współfundować Fundację Społecznych Pracowni Edukacyjno-Komputerowych i przekazać jej zasoby stowarzyszenia powstałe w czasie prowadzenia projektu " Budowania społeczeństwa opartego na wiedzy. Zwalczanie bezrobocie i wykluczenia informacyjnego w regionie Podlasia" realizowanego w latach 2005 - 2008 w ramach programu grantowego Microsoft Unlimited Potetntial. Etykiety: instytut.odpowiedzialnego.biznesu, microsoft.UP
Trzy miesiące na Czarnym Lądzie zmieniły jego życie. Poznał ludzi, którzy zarabiają dolara dziennie i są szczęśliwi. Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. To przytrafiło się Konradowi. Białostocki wolontariusz wrócił właśnie z rwandyjskiego raju. - Tam ludzie nigdy się nie spieszą, a lato trwa bez końca. W Polsce przywitał go śnieg i naburmuszona pani w kiosku. Niech żyje polska rzeczywistość! - pomyślał. Po pierwsze: ludzie są serdeczniI Konrad pierwsze dni po powrocie do Białegostoku przeleżał pod kołdrą. Przed wyjazdem na wolontariat organizowany przez MSZ uczestnicy przechodzą najróżniejsze szkolenia. Są starannie przygotowywani na spotkanie z odmienną kulturą. Ale czy ktoś mówił, jak to będzie po powrocie? Bo jak się okazuje, szok kulturowy można przeżyć i we własnym kraju. - Wcześniej całe moje życie spędziłem w Polsce i nic mi nie przeszkadzało - przyznaje Konrad Karpieszuk. - Oczywiście były jakieś drobiazgi, które irytowały, ale po prostu się z tym żyło. A teraz? Trzy i pół miesiąca na Czarnym Lądzie może zmienić człowieka. I bynajmniej nie chodzi o opaleniznę. - Tam zobaczyłem, na czym polega sens życia - mówi Konrad. - Na przykład wczoraj włączyłem telewizję. Jakiś pan przekonywał, jakie to ważne, żeby mężczyzna potrafił tańczyć. A to z perspektywy rwandyjskiej wcale nie jest ważne. Jak zresztą wiele innych rzeczy. Tu myślimy sobie - trzeba kupić iPhona, superciuch, drogi samochód i jestem supergość. A tam ludzie zarabiają dolara dziennie. I nie czują się z tym nieszczęśliwi. Przeciwnie, mają w sobie tyle radości, że wystarcza na dzielenie się nią z innymi. - To, czego mi teraz tak bardzo brakuje, to niesamowite relacje między ludźmi - opowiada białostoczanin. - Wszyscy są dla siebie mili, uprzejmi, szanują się nawzajem. Jak leżałem w szpitalu, Paul, kolega z Rwandy, powiedział, że gdyby on był chory, wszyscy sąsiedzi przyszliby go odwiedzić. I zapytał mnie, czy u nas też tak jest. Po drugie: spóźnienie to nie grzechKonrad sypie podobnymi przykładami jak z rękawa. Kiedy ktoś robi przyjęcie w domu, to naturalne, że schodzą się wszyscy, którzy akurat przechodzą obok tego domu. Bo każdy ma prawo przyjść, nawet nieznajomy. - Rwandyjczycy wszędzie się spóźniają - kontynuuje Konrad. - Bo muszą porozmawiać z każdą napotkaną osobą, nawet mało sobie znaną. W Polsce to się nie uda, my wiecznie się spieszymy. Tam nie liczy się na przykład, że masz umówione spotkanie, możesz się spóźnić godzinę lub dwie, możesz w ogóle nie przyjść. Nic się nie stanie. Osoba, z którą jesteś umówiony, nie obrazi się. Afryka przywodzi na myśl przede wszystkim zabójczą broń - malarię. - Już do samolotu zabrałem spray przeciw komarom. Myślałem tylko o tym, żeby przed lądowaniem spryskać się nim jak najszybciej - opowiada Konrad. - Po wyjściu z samolotu czekał na mnie Paul, który zabrał mnie do restauracji, gdzie usiedliśmy na tarasie. A ja byłem przerażony, że jestem w krótkim rękawku, że zaraz oblecą mnie komary i złapię malarię. Co się okazało? Że tam nie ma komarów i nikt się tym nie przejmuje. Tylko Europa się trzęsie. Zrezygnowałem też ze spania pod moskitierą, jak miałem w planie. Zatem nie taki diabeł straszny. Niestety, ten niewielki kraj, wielkością zbliżony do województwa podlaskiego, najczęściej kojarzy się ze strasznym ludobójstwem sprzed kilkunastu lat. - Bałem się, że jest tam niebezpiecznie, w końcu jechałem w miejsce, gdzie w okrutny sposób milion ludzi wytłukło się na ulicach. A na miejscu nie mogłem uwierzyć, że w tym kraju doszło do ludobójstwa - przyznaje Konrad. - I dodaje, że czuł się tam dużo bezpieczniej niż w Białymstoku. Przed wyjazdem Konrad pożyczył od kolegi starą komórkę, na wypadek, gdyby ktoś zaczepił go na ulicy z nożem. We wszystkich spodniach wszył sobie kieszonki, żeby ukryć pieniądze. Nigdy ich nie użył - nie było takiej potrzeby. Tam możesz zostawić telefon na stoliku przed domem i sobie gdzieś pójść, jak wrócisz, telefon będzie leżał na swoim miejscu. - A już biały człowiek traktowany jest w Rwandzie jak król - opowiada Konrad i przytacza pewne zdarzenie. - Wybrałem się do jakiegoś urzędu (mała budka, po brzegi wypełniona przyklejonymi do siebie ciałami), gdzie miałem opłacić wizę. Kolejka ogromna, ale ja nie musiałem czekać, bo jestem muzungu, czyli biały. Strażnik przeprowadził mnie prosto do okienka, a nikt nie protestował. Mam zatem specjalne przywileje. Poczułem się jak w czasach podziału rasowego. Ale to oni sami wywyższają białych. Chcą, żebyśmy czuli się tam dobrze, mieli dobre wspomnienia z ich kraju. Na każdym kroku pomagają, pokazują drogę, nawet wysiadają z własnego autobusu, żeby doprowadzić cię na miejsce. Po trzecie: czy biały lubi czarnegoJeden młody Rwandyjczyk zapytał białostockiego wolontariusza, czy my też traktujemy tak czarnych w naszym kraju. Konrad nie szczędził mu prawdy i historii typu: piłkarz Olisadebe obrzucony bananami. - Chłopak był zszokowany, myślał, że my lubimy ich tak, jak oni nas - mówi Konrad. - Oni uważają, że każdy biały jest piękny. U nas kobiety chodzą na solarium, tam mają kosmetyki wybielające. I są przeświadczeni, że wszyscy żyjemy w luksusie. A Europa wydaje się dla nich rajem. Ale nie dajmy się zwieść. Bo biały to także ten, którego można wykiwać i naciągnąć, czyli naiwniak. W tym kraju nie jest wstyd wyciągać ręce do muzungu. Nawet ludzie z górnych warstw klanu podchodzą i proszą o pieniądze. - Kiedy jechałem do Kigali, zabrała się ze mną spora grupa miejscowych, a tylko ja płaciłem za taksówkę - śmieje się Konrad. - U nich to niepojęte, żebyś się temu sprzeciwił jako biały. Mówią: Jesteś biały, więc musisz mieć pieniądze, dlaczego nas nie podwieziesz? Konrad wyjechał do Rwandy, żeby uczyć podstaw komputera. - Miałem przeszkolić 20 osób, ostatecznie nauczyłem 39, i to nie byle kogo. Byli to dyrektorzy szkół podstawowych. Szkolenia prowadził też mój rwandyjski pomocnik, więc razem wytrenowaliśmy 60 osób, a większość z nich nic nie wiedziała o komputerach. Zadanie to tylko z pozoru wydaje się łatwe. Ale w rwandyjskich warunkach, gdzie w każdym momencie może zabraknąć prądu, nie działa Internet, a sprzęt wciąż trzeba naprawiać, przeszkolenie 60 wiecznie spóźniających się osób jest nie lada sukcesem. W dodatku gdy w języku kinyarwanda zna się tylko podstawowe zwroty, np. "Dzień dobry? lub "Jak się masz?". Jeden wyjazd to za mało. Konradowi marzy się praca w jakiejś organizacji pomocowej. - Ja wyjechałem, ale zostawiłem tam kilkunastu wyszkolonych nauczycieli, którzy będą teraz uczyć kolejne osoby. Może żaden nie zostanie geniuszem, ale może dzięki temu będą zarabiać więcej. Gdybym tam nie pojechał, być może nauczyliby się obsługi komputera później, a może nigdy. Przed wyjazdem do Rwandy Konrad założył bloga. Pisał go przez cały czas pobytu w Afryce i robi to nadal. To jeden z najczęściej odwiedzanych i komentowanych dzienników internetowych wolontariuszy, których w tym roku wysłało MSZ. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o Rwandzie i jej mieszkańcach, zajrzyj na stronę http://konradjestwrwandzie.wordpress.com Autorka: Magdalena PrusŹródło:  Etykiety: konrad.karpieszuk, kurier.poranny, rwanda
Po całych wakacjach dyskusji i rozważań, wśród wielu propozycji i różnych wariantów zostało dziś oficjalnie wybrane nowe logo Społecznych Pracowni Edukacyjno-Komputerowych.  Mamy nadzieję iż przypadnie ono wszystkim do gustu. Bardzo dziękujemy całej społeczności za aktywny udział w jego tworzeniu i nadsyłane pomysły. Ostateczny projekt został opracowany przez Damiana Paniutycza z poprawkami naniesionymi przez Andrzeja Naliwajko. Aby przyjrzeć się wszystkim fazom kreowania loga, prosimy obejrzeć poniższe zdjęcia. Etykiety: logo, materialy.marketingowe
Zmiana numerów telefonu
Chcieliśmy poinformować o zmianie numerów telefonów w Społecznych Pracowniach Edukacyjno-Komputerowych. Od dnia dzisiejszego, wystarczy wybrać z telefonu stacjonarnego numer 0801 080530 i płacić za połączenie z nami z dowolnego miejsca w Polsce jak za rozmowę lokalną. Osoby dzwoniące z telefonów komórkowych, prosimy o wybieranie numeru 085 8710350. Osoby chcące wysłać fax, prosimy łączyć się z numerem 085 8710352. Dyżury telefoniczne w sprawie przyjmowania zapisów na szkolenia, czy też rozwoju programu bibliotecznego prowadzone są w: poniedziałki, środy, piątki w godz . 10:00 - 14:00. Etykiety: telefon, zapisy.na.szkolenia
Z wykształcenia biolog. Uczył w szkole, pracował w firmie medycznej, a w planach miał wyjazd na Wyspy Brytyjskie lub wolontariat w Afryce. Gdy tylko pojawiła się szansa wyjazdu na misję, zrezygnował z zarabiania funtów, aby za darmo uczyć Rwandyjczyków. Konrad Karpieszuk z Białegostoku dziś (30 lipca) wylatuje do Rwandy. Ma 28 lat, jest jedynym wolontariuszem z naszego województwa, który wyjeżdża na misję do Rwandy. Jako wolontariusz przez ostatni rok uczył obsługi komputera starsze osoby w Białymstoku. Z Konradem Karpieszukiem rozmawia Włodzimierz Filipowicz. Relacja z samej Rwandy na blogu Konrada: konradjestwrwandzie.wordpress.comEtykiety: konrad.karpieszuk, radio.bialystok, rwanda, wolontariat
31 lipca Konrad Karpieszuk z Białegostoku wyjeżdża do Rwandy. Ale nie wybiera się ani na wakacyjne safari, ani do pracy.O tym, żeby pojechać do Afryki, myślałem jakiś rok temu - wspomina Konrad. - Moja koleżanka stwierdziła, że fajnie by było pojechać tam jako wolontariusz i kopać studnie.  Szukałem w Internecie jakiegoś wolontariatu, ale nic nie znalazłem. A życie toczyło się dalej. Pod koniec 2007 roku zostałem wolontariuszem w Społecznych Pracowniach Edukacyjno-Komputerowych (SPEK). Uczymy tam podstaw obsługi komputera. Szef Konrada Paweł Makowiecki, podczas konferencji w Malezji poznał Paula Barerę z podobnego projektu w Rwandzie - Jest on dyrektorem Nyamata Teleservice Centre - wyjaśnia Konrad. - W czasie tych rozmów padł pomysł, żeby stworzyć międzynarodowy program wymiany wolontariuszy. Na początku roku firma, w której pracował Konrad, przestała istnieć. - Wtedy pomyślałem: szukam innej pracy, jadę do Anglii... - urywa Konrad i uśmiecha się - ... albo do Afryki! Wszystko na jedną kartęI tak powrócił pomysł z wolontariatem na Czarnym Lądzie. Znowu zaczął się rozglądać i ponownie nie znalazł nic konkretnego. - Ale Afryka chyba była mi pisana - ciągnie Konrad. - W kwietniu Paweł Makowiecki, szef naszej organizacji powiedział, że jest możliwość wyjazdu na wolontariat finansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych - kontynuuje Konrad. - Zatem można by jechać do Rwandy do organizacji Paula. Nie zastanawiałem się ani chwili. Zgłosiłem się. Wtedy wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Choć łatwo nie było, bo najpierw Konrad musiał napisać konspekt wyjazdu. A czasu było niewiele. Nie był jedynym chętnym, przeprowadzano konkurs na projekty. Na realizację miały szanse te najlepsze. - Bałem się, że nie zdążę - opowiada Konrad. - Napisałem projekt w trzy dni, choć normalnie zajmuje to dwa tygodnie. Wstawałem o 5 rano, pisałem do pierwszej w nocy i następnego dnia od początku. Jak już czekałem na wyniki, odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem: niech się dzieje, co chce. Jeśli mój projekt nie zostanie przyjęty, trudno. Zrobiłem, co mogłem. Ale projekt został przyjęty i teraz Konrad szykuje się do wyjazdu. Przygotuj się na szokMSZ stara się przygotować swoich wolontariuszy do spotkania z nową kulturą. - Mieliśmy mnóstwo różnych szkoleń, wszystkie z profesjonalistami - mówi Konrad. - Tam uświadomili nam, gdzie tak naprawdę jedziemy, co nam grozi, z czym się zetkniemy. Uprzedzali, że czeka nas szok kulturowy, uczyli, jak zachować się w sytuacjach problemowych. Konrad spędzi w Rwandzie trzy i pół miesiąca. Zamieszka u afrykańskiej rodziny i będzie się uczył tamtejszego języka - kinyarwanda. Wiedzę o komputerach będzie przekazywał głównie kobietom i dzieciom, bo po wojnie w Rwandzie pozostało niewielu mężczyzn. Miasto ma obecnie 2 tys. mieszkańców, przed tragedią ludobójstwa było ich 70 tys. - Ludzie tam często znają języki, brakuje im tylko znajomości obsługi komputera - tłumaczy ideę swojej misji Konrad. - Dzięki temu zyskają wiele nowych możliwości. Źródło:  Etykiety: konrad.karpieszuk, kurier.poranny, msz, rwanda, telecentra, wolontariat
Wywiad z Panią Zosią
Jako trenerki w Społecznych Pracowniach Edukacyjno-Komputerowych spotkałyśmy wiele osób starszych, emerytów, rencistów, których chęć do tego, aby się nauczyć czegoś nowego, była ogromna. Pomimo barier czasowych, zdrowotnych, wiekowych, społecznych, fizycznych czy psychicznych osoby te konsekwentnie chodziły na kurs i z uporem zmagały się z nieposłuszną myszką, z kursorem, który gdzieś uciekał, z klikaniem na linki, które nie chciały się otwierać ? dzielą się swymi doświadczeniami Katarzyna Dmitruk-Aleksiejuk i Katarzyna Rogutska. Dzisiaj dużo się mówi o uczeniu się przez całe życie (ang. life long learning), które traktuje się jako znak czasu, wymóg, nowy trend w edukacji. Niewątpliwie jest to naturalny życiowy proces wiążący się z potrzebą osiągnięć. Jak wynika z poniższego wywiadu nauka nowych umiejętności uszczęśliwia, zaś tkwienie w martwym punkcie, obojętność na to co dzieje się wokół grozi apatią, a w konsekwencji depresją. Jak sobie z tym wszystkim radzić? Każdy ma pewnie swoje własne sposoby, warto jednak czasem posłuchać kogoś, kto przeżył 85 lat i dalej chce cieszyć się tym, co przynosi życie. Pani Zofia Magott-Fryś to osoba niezwykła - swoim podejściem do życia inspiruje innych do tego, żeby wyrwać się z monotonii i próbować walczyć ze swoimi ograniczeniami.
- Czy organizowanie bezpłatnych, otwartych kursów nauki obsługi komputera i Internetu takich jak w ramach Społecznych Pracowni Edukacyjno-Komputerowych prowadziła firma Microsoft z Instytutem Odpowiedzialnego Biznesu - to według Pani dobry pomysł? Zofia Magott-Fryś: - Jest to bardzo dobry pomysł. Dla mnie osobiście ważna jest komunikacja z rodziną, która jest za granicą. Mam córkę w Paryżu, mam rodzinę w Los Angeles. Internet daje możliwość zobaczenia ich na żywo, np. możliwość oglądania, jak bawią się na plaży nad oceanem moje prawnuki. Internet to też dostęp do kultury w szybki i wygodny sposób. Mnie interesuje muzyka, jednak wiek i zdrowie nie pozwalają mi często chodzić do Filharmonii. Okazuje się, że dzięki Internetowi wcale nie muszę wychodzić z domu, ponieważ mogę nawet wielokrotnie oglądać nagrane koncerty muzyki poważnej na stronie internetowej Opery i Filharmonii Podlaskiej. Internet jest dużym ułatwieniem życia, choć ma jedną wadę: jest w nim dużo reklam, które pojawiają się niemal za każdym kliknięciem myszki. Myślę, że reklamy bardzo utrudniają poruszanie się po Internecie, szczególnie osobom starszym, ponieważ wprowadzają chaos, sprawiają, że informacje na stronie stają się nieczytelne. Cieszę się z tego, że potrafię poruszać się po Internecie, ale mimo wszystko wciąż jestem tradycjonalistką. Nie wyobrażam sobie aby nie pisać listów długopisem czy nie wysyłać okazjonalnych kartek urodzinowych i imieninowych.
- Kto według Pani powinien zapisać się na kurs obsługi komputera i Internetu? - Moim zdaniem wszyscy starsi ludzie, którzy przeszli na emeryturę i nie wiedzą co zrobić z czasem. Przez długi czas byłam emerytką, która po skończeniu pracy zawodowej usiadła w fotel i oglądała telewizję. Od czasu do czasu wycierałam z kurzu meble i komputer mojego wnuka. I od pewnego momentu zaczęła mnie nachodzić pewna myśl: po co mam tylko wycierać z kurzu ten komputer skoro mogę nauczyć się go obsługiwać?
- Przeżyła Pani życie bez umiejętności obsługi komputera i Internetu. Dlaczego akurat teraz podjęła Pani decyzję o wzięciu udziału w kursie komputerowym? Po co Pani teraz taka umiejętność? - Udowodniłam, że wiek nie jest barierą oraz że można pokonać swojej słabości. Jestem ogromnie dumna, że mogę być przykładem dla innych. Człowiek w moim wieku dzięki nowym umiejętnościom nie tylko z zakresu obsługi komputera i Internetu czuje się młodziej, bo już należy do grupy młodzieży, która się na tym zna i się tym posługuje jak zabawką.
- Jak zareagowała Pani rodzina kiedy się dowiedziała, że chce Pani zapisać się na kurs komputerowy? - Kiedy oznajmiłam wszystkim, że zapisuję się na kurs komputerowy, wszyscy patrzyli na mnie z pobłażaniem. Mój wnuk, który studiuje informatykę mówił: babciu, ty masz tyle lat, będzie ci ciężko się nauczyć, po co ci to? Jednak teraz, kiedy pokazałam wszystkim, że chcieć to móc, rodzina jest ze mnie dumna.
- Co sprawia największą trudność w nauce obsługi komputera?
- Największa trudnością jest nauczenie się, co znaczą poszczególne ikonki. Jak się to -zapamięta, nie ma potem żadnych trudności.
- Czy umiejętności obsługi komputera i Internetu przydają się ludziom starszym, np. w Pani wieku? - Przydają się, szczególnie jeśli chodzi o komunikację. Taka nowa umiejętność daje satysfakcję. Wszelka aktywność człowieka starszego przynosi mu siłę do życia. Robienie czegoś satysfakcjonującego to recepta na życie. Przez to, że sama przed sobą mogę coś udowodnić, mogę być wzorem dla innych i inspiruję ich do tego, żeby zaczęli coś robić albo się zastanawiać nad swoim życiem. Dziękuję za rozmowę!Z Zofią Magott-Fryś rozmawiała Katarzyna Dmitruk-Aleksiejuk. Skrót i redagowanie tekstu - Katarzyna Rogutska Wywiadu został opublikowana m.in przez: 1. Portal NGO.pl2. Dziennik InternautówEtykiety: alfabetyzacja.cyforwa, digitalliteracy, dziennik.internautow, ngo.pl, pani.zosia, szkolenia
|
|
| |
SPEK© 2005 - 2009 |
|
|
|